Ulubieńcy lutego

By chuckylucky19 - niedziela, lutego 24, 2019

Witajcie Kochani!

Już niedługo nam się skończy ten najkrótszy z miesięcy, powiem Wam, że luty zleciał mi strasznie szybko, może dlatego, że był całkiem intensywny. Mało mnie było w tym miesiącu w domu i całkiem sporo fajnych rzeczy wydarzyło się w tym miesiącu. Między innymi dziś nareszcie rozpoczęłam swoją nową przygodę, jaką jest rozpoczęcie kierunku wizaż i stylista. Muszę przyznać, że już bardzo mnie się spodobały te zajęcia i pomimo tego, że byłam masakrycznie zmęczona i śpiąca to na zajęciach bardzo miło mnie się słuchało, tego co ma wykładowca do powiedzenia. Mam nadzieję, że wreszcie znalazłam swoją drogę i tym razem będę czuła się nareszcie spełniona. No tak, ale ja jak zwykle odbiegam od tematu.. W lutym sporo rzeczy testowałam, do niektórych wróciłam i znowu je pokochałam, więc jak możecie się domyślać dzisiejszy post będzie o ulubieńcach miesiąca, tym razem jednak zdecydowałam się dać zestawienie jedynie kosmetyków, chociaż jakiś inny produkt też się chyba znajdzie. To tyle by było z tego wstępu i zapraszam do dalszej części.




1) Cień Kobo- Tutaj, co do niego mam szczerze mieszane uczucia, powiem tyle, że po tej firmie spodziewałam się o wiele więcej. Kosmetyków z Kobo już mam trochę i jeszcze na żadnym się nie zawiodłam, bronzery mają po prostu cudowne, szczególnie ten cieplejszy odcień z drobinkami złota. A tutaj nie wiem, może za wiele oczekiwałam. Kupiłam ten cień na próbę, bo już dawno przymierzałam się do kupna cieni foliowych, dlatego też chciałam nabyć paletę z Hudy, ale że nigdy z nimi nie pracowałam to wolałam najpierw sprawdzić czy pasują mi takie cienie. Może najpierw zacznę od koloru, bo jest naprawdę zjawiskowy, taki no przepiękny róż z lekkimi fioletowymi barwami. Przepięknie się on prezentuje na oku, ale trzeba się z nim trochę pomęczyć. Nie ma on takiej mokrej formuły, wręcz przeciwnie ma bardziej suchą strukturę, ale na szczęście nie ma problemów z nakładaniem go. Pigment to po prostu marzenie, wystarczy nam go dosłownie odrobinka żeby pokryć nasze oko. Co do wytrzymałości także nie mam żadnych zastrzeżeń, cień trzyma się bardzo dobrze i nie traci nam koloru. Plusem jest to, że świetnie łączy się z innymi cieniami, bo często z tym jest problem. 






2) Pomadka So Chic Love Matt- Co to by byli ulubieńcy u mnie bez żadnej szminki? A no właśnie, żadni. Powiem Wam, że ja nie do końca przestrzegam tych zasad, że zimą dominuje taka kolorystyka i mniej żywe barwy. Ja wręcz przeciwnie, staram się, chociaż w taki sposób ożywić się trochę, nigdy nie było dla mnie problemem nosić jakieś żywsze kolory, wtedy, kiedy pogoda niezbyt się z tym zgrywa. Poza tym ileż można malować usta w odcieniach brązu, zgaszonego fioletu czy też beżu. Taka tematyka może łatwo się znudzić. W tej pomadce już dawno się zakochałam i jak widać miłość moja jeszcze nie minęła. Najważniejszym aspektem jest to, że ona nie przesusza nam ust, daje nam ładny matowy efekt, ale wcale nam nie zastyga. Kolorek ma po prostu olśniewający, który natychmiastowo ożywia nam cały makijaż i nasza cera prezentuje się bardzo promiennie. Pracuje się z nią bardzo przyjemnie, można wręcz powiedzieć, że sunie się nią po ustach jak masełkiem, nie rozmazuje się przy tym i nie zostawia plam, jak próbujemy coś naprawić. Do niej nawet nie potrzebujemy pędzelka, bo ma tak wygodny aplikator, który fajnie nam się dopasowuje do ust. Mam wrażenie nawet, że ta pomadka tak się zgrywa z naszymi ustami, że sprawiają one optyczne wrażenie pełniejszych. Polecam ją właśnie też dla takich amatorów, jeżeli chodzi o malowanie ust, bo na prawdę z nią krzywdy sobie nie zrobicie. 






3) Eyeliner Eveline Precise- Ostatnio skończył się mój ukochany eyeliner w żelu, więc uznałam, że to najlepszy czas na przetestowanie czegoś nowego, na tego o ile dobrze pamiętam natrafiłam przypadkowo jak oglądałam filmik u "Ihanio" i ona tam właśnie zachwalała ten eyeliner, więc uznałam, że dlaczego by go nie kupić. I tego samego dnia już go nabyłam, błędem moim było to, że nie sprawdziłam w sklepie czy, coś z niego w ogóle zostało, no ale myślałam że jak jest gdzieś na końcu półeczki, to jest nieruszony. Jakie było moje zdziwienie, gdy w domu jak go chciałam wypróbować okazało się, że nie chce pisać albo jak już pisze to od razu widać, ze jest niemal na wykończeniu. Na szczęście miałam paragon i poszłam go wymienić, tym razem poprosiłam Panią, aby go wyjęła z szuflady, no wtedy już ma się tą pewność, że jest nówka sztuka. Tutaj mała rada do Was, zawsze sprawdzajcie w Rossmanie czy to jest nowy produkt, czy nie był już otwierany. Ale no rzeczywiście było warto go nabyć. Ma tak cieniutki, precyzyjny pędzelek, że wyczarowanie nim idealnej kreski to łatwizna. Oczywiście na początku miałam problem, bo zawsze kreska mi wychodziła trochę grubsza i tutaj miałam problem z przyzwyczajeniem się, że wystarczy kilka pociągnięć pędzlem. Ma bardzo intensywny kolor i całkiem szybko nam zastyga. Trwałość jest wręcz idealna, bo wytrzyma nam spokojnie kilka godzin, nic nam się nie rozmazuje i nie przemieszcza, kreska wygląda nieskazitelnie przez całą imprezę. 







4) Joanna Szapon Color Boost Complex- Od kilku tygodni próbowałam go kupić stacjonarnie, bo wiedziałam że na pewno jest dostępny online, ale nie chciałam tam zamawiać tylko jednej rzeczy, bo niezbyt się opłaca przesyłka, a takto nic mnie się nie podobało. Przeszłam chyba wszystkie możliwe drogerie i sklepy dla fryzjerów jakie mogły być i na końcu nareszcie go znalazłam w małym sklepie kolo ryneczku. Pamiętam że Pani jeszcze do tego szamponu poleciła mnie płukankę, ale mi nie zależało na efekcie różowych włosów to podziękowałam. Powiem tyle, że pierwsze, co to się bałam go użyć szczególnie jak na internecie pisali że trzyma się ten szampon 5 min a na nalepce pisało o 2 min. I trudno mnie było się zdecydować, bo bałam się że rzeczywiście wyjdę z różową czuprynką. Szampon miał za zadanie niwelować żółte odcienie na włosach, dlatego jest polecany bardzo dla blondynek. Jego dodatkowym atutem było to, iż włosy miały być mięciutkie po ich wysuszeniu. Szczerze z całego serducha Wam go polecam, to chyba pierwszy mój szampon, który sprawdził się w 100 procentach. Moje włosy mają po nim przepiękny lekko beżowy kolor, który bardzo mnie się podoba. Włosy są bardzo miękkie i ich stylizacja jest o wiele łatwiejsza, nie mam problemów z ich modelowaniem i rozczesywaniem. Powiedziałabym nawet, iż włosy te wyglądają na zdecydowanie zdrowsze i mocniejsze. Ja go używam w ten sposób, że najpierw myje, masując moje włosy, później odczekuje 2 minutki i spłukuje szampon i powtarzam później te czynność. Nawet raz spróbowałam zrobić to zdecydowanie dłużej i dalej moje włosy miały odcień beżowy a nie róż, więc jeżeli ktoś się boi to się nie martwcie, jeżeli nie macie mega jasnego blondu to takiego koloru nie uzyskacie. 




5) Cashmere Baza pod podkład- Jednym z najważniejszych elementów makijażu jest dobra baza pod podkład, kiedyś jej w ogóle nie używałam i teraz widzę jaki to był wielki błąd. Stanowi ona wręcz taką podstawę dla każdego makijażu. Od tej firmy miałam już rozświetlasz, z którym się bardzo polubiłam i postanowiłam też wypróbować właśnie bazę od nich. Ma ona bardzo przyjemną i delikatną formułę, nie jest tłusta a wręcz bardzo lekka. Po jej nałożeniu nasza skóra jest naturalnie rozświetlona i tak przemiła w dotyku, że serio, co chwilę bym mogła miziać się po twarzy. Łączyłam ją z różnymi podkładami i z każdym z nich bardzo dobrze się zgrywa. Co jest bardzo fajne, to t,  że ta baza ma takie działanie, że nawet po nałożeniu podkładu dalej jest delikatna. Ma bardzo drobne święcące drobinki, które nie wyglądają przesadzenie i dalej utrzymują naturalny wygląd. 




6) Duo do pielęgnacji- Moim całkowitym ulubieńcem miesiąca było to moje połączenie, czyli ta szczoteczka soniczna do twarzy wraz z oczyszczającym żelem do twarz z Bielendy. Na początku zacznę od szczoteczki, od pewnego czasu dzięki marce Foreo ludzie wręcz pokochali takie szczoteczki do twarzy. Wiadomo, że przy popularności tej marki bardzo wielki udział mieli różni blogerzy, którzy aktywnie uczestniczyli w jej reklamie. Inne marki oczywiście wykorzystały to, iż ich produkty są bardzo drogie i sami sprzedawali własne produkty. Pojawiło się też wiele podróbek tych szczoteczek. Powiem szczerze, że dla mnie osobiście wydawanie kilku stów na taki produkt jest przesadą, szczególnie iż czytając opinię dowiedziałam się, że jest wiele tańszych zamienników dających podobny efekt. Sama zdecydowałam się na tą z Dermafuture, była to moja pierwsza i sama się zastanawiałam jak to będzie. Teraz powiem jedno, nie wiem jak ja mogłam żyć bez niej. Pielęgnacja nią to czysta przyjemność, dodatkowo przy niej nasza skóra jest delikatnie masowana. To urządzenie jest tak delikatne, że po nim moja skóra nie ma żadnych przebarwień ani nie jest zaczerwieniona. Jest przemiła w dotyku i powiedziałabym, ze czuje się podobny efekt co do peelingu. Do niej był dołączony żel, do którego nie mam zastrzeżeń i używam go na zmianę z moim drugim ulubieńcem czyli żelem z Bielendy. Przyznam, że do niego robiłam drugie podejście, bo za pierwszym razem miałam po nim strasznie czerwoną cerę, ale to myślę, że przez to iż w tamtym czasie przechodziła ona chwilowe problemy. Żel ten jest węglowy i głęboko oczyszcza naszą cerę, dlatego najlepiej go polecam dla cery tłustej czy też mieszanej. Ani trochę już nie podrażnia mojej skóry, nie ma żadnego nieprzyjemnego zapachu. Jedyną wadą jest to że, trzeba go naprawdę dokładnie zmywać, bo inaczej po prostu zostają nam czarne smugi, przez które wyglądamy jakbyśmy były brudne.






7) Case Iphone 8- Ubranek na telefon nigdy zbyt wiele. Chociaż i tak jestem zdziwiona, bo przy poprzednim kupowałam ich o wiele więcej. Z aliepress mam taki problem, że jak zacznę już tam szukać to się gubię na dobre godziny. Tam jest ich tak ogromna ilość, że aż trudno się zdecydować, dodatkowo większość jest po bardzo niskiej cenie. Na razie noszę te które zamówiłam i czekam aż mnie się nie znudzą. W lutym dominował ten, jak widać marmur jeszcze nie wyszedł z mody, a powiedziałabym że wręcz przeciwnie i ten wzór dopiero się rozkręca. Całkowicie zakochałam się w tym case, uwielbiam połączenie różu z odcieniami szarości i bieli. Co do jakości, no to aż tak wiele oczekiwać nie można, wykonany jest z plastiku, ale bardzo łatwo się zdejmuje, nie rysując nam przy tym telefonu. Muszę przyznać, że jestem trochę zaskoczona, bo telefon już kilka razy mnie spadł na tylną część, a na szczęście nic się z nią nie stało. 





8) Instagram- No nie mogłam się nie oprzeć i nie dać go do moich ulubieńców. Ta aplikacja doszczętnie mnie pochłonęła, co nawet widzą moi znajomi. Zaczęłam się bardziej przywiązywać do zdjęć, do ich układu. Bardziej wdrążyłam się w specyfikę tej aplikacji i zaczęłam czytać sporo książek i blogów o niej. Postawiłam na nieco lepszą jakość niż dotychczas. Powoli staram się też rozgryźć te instastory, ale to już idzie mi toporniej. Teraz dam Wam małą reklamę, bo zapraszam Was bardzo serdecznie na mój profil, jeżeli go jeszcze nie widzieliście "chuckylucky17", mam zamiar do tematyki dodać powolutku akcent urodowo-makijażowy, więc myślę że będzie warto tam zaglądać. Na dniach też mam zamiar urządzić konkurs dla moich obserwatorów z okazji 10tys. 





9) Eveline Mascara- Już się nauczyłam, ze nie zawsze droższy tusz oznacza lepszy. Szczególnie ten Paradise Z Loreal, nigdy aż tak się nie zawiodłam na czymś i cieszę się, że kupiłam go wtedy na promocji. Do tego już wracam któryś raz z rzędu tak samo jak innego z tej firmy, w czarnym grubym opakowaniu. Ten natomiast ma bardzo wygodną silikonową szczoteczkę. Tusz bardzo dobrze rozdziela nam rzęsy i je mega wydłuża, że mamy wręcz efekt wachlarza rzęs. Nie ma rzadkiej formuły przez co, rzęsy nie są sklejone i szybko nam on wysycha. Dodatkowo ma on bardzo niską cen, bo kupiłam go za 10 zl. 






10) Dodatki do pokoju- Chociaż tu jako ulubieńca powinnam dać Pepco, właściwie tym razem to moja mama pokochała ten sklep. Mają tam prześliczne dodatki i akcesoria do domu w bardzo niskiej cenie, aż trudno się tam opanować i nie kupić wszystkiego wręcz. Widać też, że jest już sporo sklepów gdzie ma podobny asortyment do Pepco, czyli na przykład: Kik, Tedi, Action, Homesay. Ale wracając, zmieniam aktualnie trochę wystrój mojego pokoju, dlatego powolutku kupuję srebrne i białe dodatki bo takie dobrze zgrywają się z całkowitą kolorystyką. Przyznam, ze w tej ramce zauroczył mnie napis, który jest przepiękny wizualnie jak i znaczenie też ma cudowne. Ogółem strasznie mnie teraz się podobają takie niby klasyczne, acz gustowne napisy. Jeszcze idealnie pasuje do srebrzystego tła z tym piórkiem. Lampki świecące już od dawien dawna mnie chwyciły za serce, pamiętam nawet jak pierwszy raz je kupiłam i jaki ochrzan za nie zebrałam, że co ja kupiłam za "badziew", koniec końców moja mama wszystko to odwołała, widząc jak pasuje do pokoju. Jest to moje małe uzależnienie, bo co rusz kupuję nowe lampki. Jak na razie te urocze serduszka leżały u mnie na parapecie, ale mam zamiar kupić taki głębszy i szerszy wazonik i tam je włożyć i postawić na stole obok świeczek. Lampki te są wykonane z czegoś, coś jak wiklina i bardzo ciekawie się prezentują.





11) Piere Rene Rozświetlacz i Primer- Mój pierwszy rozświetlacz w płynie, z początku trudno mi było z nim się zaznajomić i sprawdzić, z czym to się je. Ma fajną delikatną i bardzo lekką formułę, co dla mnie najważniejsze to to że nie czuć, bo zbytnio na twarzy, ja właśnie nigdy nie lubiłam tego w mokrych, płynnych kosmetykach że są bardzo wyczuwalne. Ma prześliczny różowy kolorek, który po nałożeniu na skórę, wchłania się w nią i widoczne jest tylko rozświetlenie poprzez drobinki, które są w nim zawarte. Rozświetlacz ten posiada tak zwana pepitkę, którą wystarczy na chwile nacisnąć, aby nabrać kosmetyku, po czym przy nakładaniu na twarz ponownie nasikamy, dzięki temu nic nam się nie zmarnuje. Używałam go często pod łuk brwiowy, na kości policzkowe oraz na łuk kupidyna i myślę że taki efekt bardzo ładnie sprawdza się przy dziennym makijażu. Jeśli chodzi o wieczorowy makijaż, no to już przy tym jest bardziej oczekiwany inny efekt. W kwestii primera, to musiałam zrobić lekkie rozeznanie, bo nawet nie wiedziałam, do czego to maleństwo służy, dostałam go kiedyś na spotkaniu blogerskim i tak sobie biedny leżał. Służy on do utrwalaniu makijażu, jego niewielka ilość po dodaniu do cienia zamienia je w eyeliner, dzięki niemu możemy na mokro nakładać pudry czy bronzery. Przedłuża trwałość podkładu. Często jest też tak, że nasza ulubiona pomadka czy tusz wyschnie, wystarczy wtedy dodać trochę primera i te produkty znowu są zdatne do użytku. 








12) Glitter No name- Ostatnio na youtubie znalazłam pewien make-up hack, mianowicie używania brokatu do paznokci w zupełnie innym celu. W lutym mega polubiłam błysk na oku, i tak też służył mi ten glitter, na początku myślałam że będzie on słabo trzymał się na oku, albo do niego się nie przyczepi. Ale było zupełnie inaczej, po nałożeniu go na korektor glitter bardzo dobrze się utrzymuje i ślicznie podkreśla nasze oko. 




Mam nadzieję, ze ten wpis bardzo Wam się spodobał, zachęcam do obserwowania bloga na bieżąco i komentowania: Czy lubicie ulubieńców miesiąca? Czy któryś z produktów szczególnie Wam się spodobał?

Do zobaczenia Kochani!




  • Udostępnij:

Podobne wpisy

6 KOMENTARZE

  1. Dla mnei neistety same nowości.Bardzo chcę sobie kupić tą szczoteczkę :D Kobo kusi i kusi

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie miałam żadnego z tych produktów jeszcze, ale znam te firmy i chcę się niedługo skusić na coś z Kobo :) Dodaję Twój blog do obserwowanych, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Te cienie z Kobo są przepiękne. Chyba się muszę w końcu na nie skusić.
    Nie używaj pyłków i brokatów przeznaczonych do paznokci na oczach bo to bardzo niebezpieczne. Technologia ich tworzenia jest inna niż tych przeznaczonych do makijażu i mogą zrobić dużą krzywdę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Najbardziej spodobały mi się cienia. Śliczne kolory i takie wyraźne.. Obserwuje zapraszam do https://beautylilly87.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam ochotę na taką szczoteczkę soniczną, kusi mnie już z każdej strony :)

    OdpowiedzUsuń